Anielek - Przedszkole Niepublicznie

Kronika Zielone przedszkole 17-22.06.2013

I dzień Zielone przedszkole 17.06.2013

Droga z Otwocka do Zakopanego daleka więc wyjechaliśmy bladym świtem. Na szczęście nikt nie zaspał. Wszyscy się stawili na miejscu o czasie i bardzo sprawnie zostały zapakowane bagaże ,a dzieci zajęły miejsca w autokarze. Gdy wyruszaliśmy na hasło: „Machamy do Rodziców”, Franek Dąbrowski zareagował żywo: „ Ja macham przedszkolu!”.

Na pierwszym etapie drogi, który zaprowadził nas do Borkowic, próbowaliśmy jeszcze co nieco dokończyć krótkie sny ostatniej nocy…

Z Borkowic zabraliśmy na Zielone Przedszkole s. Amabilis Głębicką (która pracowała 2 lata temu w naszym przedszkolu) i kilkoro dzieci z tamtejszego przedszkola. Po tym krótkim postoju podjęliśmy dalszą podróż z modlitwą o szczęśliwą drogę i opiekę naszych Aniołów Stróżów. Potem rozbudzeni już na dobre zaczęliśmy się ze sobą zapoznawać. Dzieci poznały swoich opiekunów na najbliższe dni i wraz z nimi zostały przydzielone  do poszczególnych grup. Otrzymały również Pamiętniki Podróżnika, które będą pomagały im dokumentować wrażenia każdego dnia. Opiekunowie starali się skraca ć dzieciom czas piosenkami, konkursami i gimnastyką na siedząco.

W Zakopanem pierwsze kroki skierowaliśmy do Muzeum Tatrzańskiego. Tam mogliśmy zobaczyć wnętrze chałupy na Podhalu z połowy XIX w., które zazwyczaj składało się z Czarnej Izby, Sieni i Białej Izby. Czarna Izba wzięła swą nazwę od pokrytych sadzą ścian, ponieważ stał w niej piec z odkrytym paleniskiem i bez przewodów kominowych. Wszyscy mieszkali w jednej izbie, w której też jedli i spali. Z kolei Biała Izba pełniła rolę reprezentacyjną, a nazwę wzięła od białych, nie odymionych ścian. Pełniła także funkcje góralskiego salonu, w którym odbywały się wszelkie uroczystości rodzinne. Potem oglądaliśmy w muzeum różne wystawy  m.in. o pasterstwie i przyrodzie Tatr. Dowiedzieliśmy się, że symbolem Tatr jest kozica. Na zakończenie zwiedzania muzeum dzieci wypełniły karty pracy i tu najlepszą pamięcią i największa wiedzą wykazała się Jadwiga Fenik (nasza absolwentka przedszkola). Nagrodą dla wszystkich było układanie puzzli z motywami tatrzańskimi.

Po tych zdecydowanie edukacyjnych zajęciach udaliśmy się do „Domku do góry nogami” .Zwiedzanie tego obiektu wymagało dobrej kondycji, z czym dzieci na ogół nie miały problemu. Pogodę mieliśmy wspaniałą, więc spacerkiem przeszliśmy do domu zakonnego Księzy Sercanów, gdzie ks. Marek Borzęcki odprawił dla nas Mszę Świętą z prośbą o błogosławieństwo Boże dla wszystkich uczestników Zielonego Przedszkola. Wzmocnieni duchowo, jednak już wyczerpani atrakcjami całego dnia, udaliśmy się na nocleg na Osiedle Olcza do przepięknego pensjonatu, na którego terenie zastaliśmy stadninę koni i plac dla dzieci. tam zostaliśmy podjęci pyszna obiadokolacją, po której udaliśmy się do swoich pokoi, aby zadomowić się na te kilka dni i odpocząć przed kolejnym dniem pełnym nowych wrażeń.

Opisała s. Dobrawa Piaścik

 

Dzień II Zielonego przedszkola - wtorek 18.06.2013

Obudziliśmy się w słonecznych nastrojach przy muzyce góralskiej, serwowanej przez Panią Kasię, mamę  Dominika i drużynę „czerwonych”. Udało się dobudzić wszystkich, bez wyjątku. Następnie Pan Łukasz, tata Witka i Marianki, dobudził również całą okolicę dmąc w róg co miało oznaczać jedno- Siostra Teresita i drużyna „niebieskich” szykuje katusze w pełnym słońcu w stylu „głowa, ramiona, kolana, piety”. To miała być tylko zaprawa do tego co czekało nas później. Ale wcześniej zjedliśmy bardzo smaczne śniadanko, dostaliśmy obowiązkową szklaneczkę soku pomidorowego, czekoladę energetyczną i worek prowiantu.  Drugi wór Pani Justyna wrzuciła na swoje plecy, gdyby ktoś po zjedzeniu 3 bułek, 2 batoników i jabłka był nadal głodny. I ruszyliśmy odpowiednio przygotowani wraz z przewodnikiem tatrzańskim do Doliny Strążyskiej. Na początku wyprawy otrzymaliśmy książeczki PTTK do zbierania trofeów turystycznych, czyli pieczątek z miejsc, do których będziemy docierali.  Dolina Strążyska charakteryzuje się bardzo kapryśną pogodą, trafił nam się jeden z niewielu w pełni słonecznych dni (przewodnik twierdzi, że jeden z 12 dni w roku). Przeszliśmy zaledwie kilkaset metrów, gdy trafił nam się prawdziwy tatrzański rarytas- STORCZYK OBUWIK POSPOLITY, bardzo rzadko spotykany, wpisany do Czerwonej Księgi Gatunków Rzadkich. Nieco dalej nasz przewodnik pokazał nam inną roślinę, równie rzadką, maleńki TŁUSTOSZ ALPEJSKI. Nasza wyprawa nie należała do najtrudniejszych, ale kamienista droga, malutkie strumyczki przepływające przez trasę oraz mocno grzejące słońce utrudniały marsz. Ale nasze dzieciaki były BAAARZDO DZIELNE! Dotarliśmy do Polany Strążyskiej,  oto byliśmy „u stóp” Giewontu. Pan przewodnik opowiedział nam legendę o śpiącym rycerzu oraz wskazał miejsca, które upodobały sobie kozice, a często są odwiedzane przez niedźwiedzie (bardzo wysoko położone na zboczu Giewontu, zielone Ogrody Hajdukiewicza). Na zboczach Giewontu leży nadal śnieg, zbierający się w miejscu (niecka) zwanym „śmietnikiem”. Z Polany udaliśmy się stromą, kamienistą ścieżką do wodospadu SIKLAWICA, cudownego miejsca z przepięknym wąskim wodospadem spływający z wysokiej ściany skalnej. Zrobiliśmy grupową fotkę, część chłopców ochłodziła się w strumieniu i pod prysznicem wodospadu i ruszyliśmy w drogę powrotną. (Osobą, która najskuteczniej ochłodziła się dziś w górskim strumieniu była Pani Justyna J). Po zjedzeniu bardzo smacznego znów obiadu, czekały nas zabawy intelektualne (uzupełnianie pamiętnika podróżnika) oraz ruchowe (dorwaliśmy wreszcie ten wspaniały plac zabaw, który już wcześniej obserwowaliśmy z okien). Punktualnie o 19.00 przed nasz ośrodek podjechała szóstka bryczek z uroczymi końmi i woźnicami ubranymi w góralskie stroje. Ruszyliśmy ze śpiewem na ustach po wąskich uliczkach Olczy, żeby dotrzeć aż do Skoczni i po przeszło 1,5 godzinie wróciliśmy z powrotem wprost na kiełbaski z ogniska. Z półprzymkniętymi oczami, padnięci, ale szczęśliwi pożegnaliśmy się, dziękując Panu Bogu i sobie nawzajem za wspaniały dzień.

Opisała p. Magda Dzierzęcka

 

III Dzień Zielonego przedszkola – środa 19.06.2013

Dzień trzeci pobytu na Zielonym przedszkolu zaczął się  pogodnie i radośnie. Obudziła nas wszystkich grupa czerwona skoczną piosenką, którą wszyscy znamy pt. „ Wojownicy Pana”. Ponieważ nikt nie chciał być uznany za „trąbę” więc wszyscy wstali i stawili się na gimnastyce porannej. Tam rozciągaliśmy nasze zaspane mięśnie przygotowując je na kolejną wyprawę. Po śniadaniu, które zawsze jest tutaj tak bogate, że czasem trudno się zdecydować co wybrać ze szwedzkiego stołu, okazało się, że nastąpiła zmiana planów jeśli chodzi o trasę  dzisiejszej wycieczki. Nasz przewodnik tatrzański, Pan Piotr, ulubieniec wszystkich dzieci i opiekunów , zaproponował nam ciekawszą i mniej uczęszczaną trasę, na której umówieni byliśmy na spotkanie z prawdziwym niedźwiedziem brunatnym. Spotkanie miało nastąpić o godzinie 11:00 w okolicach Wielkiej Polany Małołąckiej. Niestety, ku wielkiemu niezadowoleniu najmłodszych uczestników wyprawy, do spotkania nie doszło – prawdopodobnie dlatego, że niedźwiedzie rzadko używają zegarków… wolą swoje zegary biologiczne.

Droga prowadząca Doliną Małej Łąki była rzeczywiście  bardzo przyjemna, zwłaszcza dlatego, że była zacieniona, była również dość atrakcyjna, bo były trudniejsze  podejścia, a miejscami uwielbiane  przez dzieci błotko. Co jakiś czas, głównie po trudniejszych podejściach były krótkie  odpoczynki, które jednocześnie były oczekiwaniem na tzw. ogon grupy. Po trudach wspinaczki czekała nas nagroda ( i nie były to tylko "magiczne cukierki" dodające siły na szlaku od Siostry Teresity, które ma zawsze przy sobie, wydawałoby się w ilościach nieograniczonych ), ale była to Wielka Polana Małołącka z której roztaczał się piękny widok, między innymi na Wielką Turnię. Na Wielkiej Turni wszyscy wypatrzyliśmy łąkę na stromej ścianie. Pan Piotr opowiedział nam o sprytnych bacach, którzy chcąc zaoszczędzić sobie trudu podczas pilnowania owiec, wnosili po jednej owcy w te trudno dostępne miejsca, bo dobrze wiedzieli, że żaden drapieżnik im tu nie będzie zagrażał. Zademonstrował to na owieczce ochotniku – Grzesiu Wilku. Takich owiec baca potrafił wnieść nawet 300 sztuk.

 Polana była naprawdę wielka, okazało się, że w tym miejscu, jeszcze przed epoką lodowcową był staw. Ale jak wskazywałaby nazwa doliny którą szliśmy, powinna jeszcze gdzieś być Mała Łąka , a nie tylko Wielka Polana. No i była, troszeczkę wyżej, trzeba było na nią wejść stromą ścieżką. Ponieważ był tutaj przewidziany dłuższy postój, po dość ciężkim podejściu, wydawałoby się, że wszyscy polegną na trawie, będą jeść, pić i odpoczywać. Tak pewnie zrobiłyby wszystkie inne dzieci, ale nie, nie dzieci z Anielinka i nie dzieci z przedszkola w Borkowicach! O nie, one porzuciwszy plecaki zaczęły biegiem zdobywać Małą Łąkę i czynność tą powtarzały niezliczoną ilość razy J pod okiem zszokowanych opiekunów, którzy woleli w tym czasie rozprostować swoje nieco nadwyrężone nogi .

Kiedy dzieci w najlepsze zdobywały  łąkę, na dole przy stolikach trwała niezwykła operacja….. na butach mamy Witka i Marianki. Okazało się, że owe buty niejedno już widziały i nie na jedną górę  weszły i na dzisiejszej wyprawie podeszwa postanowiła uwolnić się od całej reszty. To oczywiście było sprzeczne z oczekiwaniami Pani Małgosi. Tak więc przy pomocy taśmy klejącej (którą na wyposażeniu plecaka miał nasz przewodnik) i własnych sznurówek operowanych butów, pan Łukasz sprytnie przywrócił je do stanu używalności.

Nasz przewodnik ma naprawdę wielką wiedzę o Tatrach, dowiedzieliśmy się  m.in. o tym, że Dolina Małej Łąki ma swoją Matkę Bożą Małołącką.  Pan Piotr opowiedział nam historię o dwóch bardzo młodych pasterzach, którzy schodzili z hali w bardzo trudnych warunkach i jeden z nich nie przeżył tego zejścia. Mama pasterza, który przeżył w dowód wdzięczności za ocalenie postawiła w tamtym miejscu figurkę Matki Bożej. Działo się to ok. 130 lat temu. Dowiedzieliśmy się także, że wbrew pozorom Giewont wcale nie jest wyższy niż szczyt, który mogliśmy oglądać z Wielkiej polany – Małołączniak (2100m n.p.m.). Nasz słownik wyrazów góralskich wzbogacił się też  o nowy wyraz – skorusa (czyli jarzębina).

Po długim owocnym odpoczynku ruszyliśmy dalej, tym razem czarnym szlakiem na Przysłop Miętusi (1189m n.p.m.) Stąd roztaczał się piękny widok i oczywiście nie przepuściliśmy okazji aby nie zrobić sobie grupowego zdjęcia. Słońce mocno grzało, więc poszliśmy dalej, Doliną Miętusią do Doliny Kościeliskiej.

W Dolinie Kościeliskiej poczuliśmy się nieco jak w Warszawie na Marszałkowskiej. Droga była równa, prosta i przeludniona, co jakiś czas mijała nas bryczka z turystami którzy chcieli sobie oszczędzić  nogi i buty przed białym kurzem szlaku.

Przy wyjściu z doliny, młodzi zbieracze pieczątek ustawili się  w kolejce aby dać  książeczki GOT PTTK do podbicia.  Poszliśmy w stronę  zaparkowanego autokaru i ku naszemu wielkiemu zdumieniu nie zastaliśmy tam naszego kierowcy. Nie było to żadnym problemem dla naszych dzieci, gdyż okazało się że na tym parkingu ktoś rozsypał drogocenne kamienie – głównie turkusy. Nic tylko wziąć i pozbierać. Więc dzieci (i dorośli też ) nie przepuścili tak wspaniałej i niepowtarzalnej okazji na zbieranie skarbów z wyprawy. W międzyczasie, nie wiadomo skąd (przynajmniej nie stąd skąd spodziewałby się statystyczny Polak) pojawił się nasz Pan Kierowca niosący pod pachą koc i poduszkę (jego karnacja przybrała nieco ciemniejszy wygląd). Okazało się, że był tuz za nami, pośrodku wysokotrawiastej łąki. Pewni, że nasz kierowca jest porządnie wypoczęty wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach. Sanktuarium powstało jako votum wdzięczności za ocalenie Ojca św. w dniu 13.05.1981 roku podczas zamachu na Jego życie.

W drodze na naszą kwaterę wstąpiliśmy na Jaszczurówki do drewnianego kościółka z 1904 roku. Jest to kościółek jedyny w swoim rodzaju, istna perełka zakopiańskiej oryginalnej architektury i wzornictwa. Bogato zdobiony i rzeźbiony zarówno na zewnątrz jak i w środku. Elementem dominującym we wzornictwie jest lilia złotogłów, zwana potoczne przez górali lelują. Jest to roślina objęta ochroną gatunkową. Wewnątrz kościółka panuje niesamowity klimat i pachnie drewnem. Zimą w takim kościółku, czy innym budynku o takiej architekturze  będzie ciepło.

Po tak wypełnionym atrakcjami i nowymi wiadomościami dniu, wróciliśmy do naszego pensjonatu na pyszny obiad.

Później był czas na odpoczynek, uzupełnianie pamiętników podróżnika i wspólne zabawy na placu zabaw. O godzinie 20:00 podziękowaliśmy Panu Bogu za kolejny piękny dzień. Na koniec dnia Kuba z przedszkola w Borkowicach przypomniał, że ma dziś urodziny i z tej okazji odśpiewaliśmy mu życzenia i w nagrodę za wytrwałość na szlakach dzieci otrzymały lody. Po kolacji udaliśmy się na zasłużony nocny odpoczynek.

Opracowała:  Katarzyna Plewnicka

Ho, ho…! Chochołowska!

Dzisiejszy dzień zaczął się od pobudki prowadzonej przez grupę Żółtą. Dzieciaki i opiekunowie przyłożyli się do zadania – Witek Skawiński grał na skrzypcach melodię „Były sobie kurki trzy…” a wszyscy śpiewali:

Wstawać śpiochy, nadszedł czas

Ruszyć w góry, ruszyć w las.

W górę ręce, w górę brzuch,

Nogi szybko wprawić w ruch!

Wstawać śpiochy, nadszedł czas

Ruszyć w góry, ruszyć w las.

Na koniec pan Łukasz Skawiński podkreślał walory budzące, zagraniem na rogu pobudki myśliwskiej. Po takim występie nikt już nie leżał w łóżku!

Po gimnastyce, która była krótka lecz intensywna (pani Lidka Niwińska twierdzi, że wedle amerykańskich naukowców taka właśnie jest najlepsza), zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy plecaki i wyruszyliśmy w góry. Naszym celem była Dolina Chochołowska.

Pierwszą część doliny pokonaliśmy trakto-pociągiem, który przewiózł nas przez płaski, asfaltowy i nudny kawałek drogi. W końcu nas, zaprawionych już turystów, takie fragmentu szlaku w ogóle nie interesują… wolimy coś bardziej wymagającego…

Potem szliśmy już piechotą do samego schroniska. Po drodze widzieliśmy źródła wód mineralnych i piliśmy z nich, z daleka podziwialiśmy górę ulubioną przez niedźwiedzie i zbieraliśmy zielone kamyki, które okazały się pozostałością po XIX-wiecznym wytapianiu rudy żelaza w Dolinie Chochołwskiej.

Kiedy dotarliśmy do schroniska pan Przewodnik pokazał nam jak wygląda wspinaczka – przeszedł całą ścianę schroniska, na wysokości pierwszego piętra, przytrzymując się tylko kamieni, z których jest ono zbudowane. Dostał ogromne brawa i podziw wszystkich chłopaków.

Następnie poszliśmy obejrzeć kapliczkę św. Jana Chrzciciela i wpisaliśmy się do pamiątkowej księgi. Zmówiliśmy krótką modlitwę i wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Do autokaru zdążyliśmy tuż przed deszczem. Z westchnieniem ulgi pojechaliśmy do pani Marysi, która zajmuje się wyrobem oscypków i bundza. Widzieliśmy narzędzia do wyrobu sera i wędzące się już produkty postawione na półce u powały. Poczęstowano nas oscypkami, które znikły w zastraszającym tempie – widać było, że już najwyższy czas na obiad.

Po dojechaniu do domu nastąpiło szybkie mycie małych łapek i dużych dłoni po czym pognaliśmy na obiad.  Czasu na poobiednią sjestę było mało – już na 18.00 umówieni byliśmy na podziwianie cyrkowo-akrobatycznych sztuczek i tańców góralskich w wykonaniu dzieci z miejscowych szkół.

Pokazy były wspaniałe – najpierw dzieci żonglowały, stały na piłkach, tańczyły układy akrobatyczne. Potem nastąpił pokaz tańców góralskich dzieci z zespołu „Mały Giewont”, przy akompaniamencie czteroosobowej kapeli, w pełnych, pięknych strojach ludowych.  Brawo biliśmy tak mocno, za aż nam łapki popuchły a głosy ochrypły od okrzyków.

Kiedy wróciliśmy do domu i pobawiliśmy się na placu zabaw, dzieci miały jeszcze jedną atrakcję – arbuzy! Po całym dniu na dworzu nic nie smakuje tak jak słodki, soczysty arbuz jedzony na powietrzu, kiedy nie trzeba się przejmować że ubranie się zaplami a pestki można po prostu wypluwać przed siebie!

Po takim dniu nikt się nie zdziwi jak przeczyta, że usypianie trwało naprawdę krótko. Do jutra!

 

Opisała: p. Małgosia Skawińska

 

piątek, 21 czerwca 2013

Stało się. Nadszedł dzień przedostatni. Mimo wszystko nie poddaliśmy się depresyjnemu syndromowi nadchodzącego końca zielonego przedszkola i po głośnej pobudce (walenie w dekle i śpiewanie ile pary w płucach), porannej gimnastyce oraz sytym  śniadanku ruszyliśmy z rana na ostatnią górską wędrówkę (na sobotę zaplanowano wjazd kolejką linową na Kasprowy Wierch) zaplanowaną na nasz pobyt.

Tym razem postanowiliśmy przemierzyć szlaki Tatr Wysokich. Wyruszyliśmy spod Wierchu Porońca w kierunku na Rusinową Polanę aby już po ok. godzinie forsownego marszu karmić nasze oczy przepiękną panoramą najwyższych tatrzańskich masywów.  Z Rusinowej Polany Mięguszowieckie szczyty, Rysy, Gerlach i mało odkryte Tatry Bielskie widać jak na dłoni. Do tego przepiękna, słoneczna pogoda i dzieci, które dzielnie znosiły trudy marszu dopełniały obrazu wyjątkowo udanego przedpołudnia.  Nasi mali anielinkowi wędrowcy, pomimo iż z początku troszkę pokwękiwali, narzekali na bolące nogi i ogólne zmęczenie, po wbiegnięciu na polanę włączyli zasilanie awaryjne i rozpoczęli wymyślać różne zabawy polegające często na bieganiu, turlaniu się po trawie lub udawaniu bandy góralskich rozbójników. Po nasyceniu się widokami Tatr i wysłuchaniu kilku ciekawych opowieści naszego przewodnika – pana Piotra, ruszyliśmy w kierunku kolejnego punktu naszej wyprawy – Sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej – Królowej Tatr na Wiktorówkach. Tym razem szlak prowadził głównie w dół, zatem kolejne odcinki  pokonywaliśmy w iście zawrotnym tempie. Wizyta w pięknym drewnianym Kościółku, krótka modlitwa, pieczętowanie Książeczek GOT i  dalej w drogę, tym razem w kierunku Doliny Filipka, gdzie czekał już na nas autokar.

Do naszego pensjonatu dotarliśmy krótko po 15.00. Pogoda cały czas była piękna, parna i słoneczna co świadczy tylko o tym, że osoby sporządzające prognozy meteorologiczne, mogłyby z podobną skutecznością polować na słonie z kapiszonowcami. Gdyby im ufać, codziennie powinniśmy byli wyruszać na nasze wyprawy w gumiakach i sztormiakach, a bardziej niż spotkania z niedźwiedziem, obawiać się trafienia piorunem. Tymczasem podczas całego 5-dniowego pobytu, padało raptem ok. 10 minut i było to przelotne, orzeźwiające ledwo odczuwalne kropienie.

Po obiedzie czekała na nas kolejna dawka rozrywki. Tym razem zawitał do nas prawdziwy gorol, pan Andrzej, oczywiście w stroju gorolskim i z gorolską fujarecką, której nazwy niestety nie dało się przyswoić. Pokazywał nam podstawowe kroki tańców góralskich i opowiadał gwarą ciekawie o kulturze i tradycjach ludzi Podhala. To co absolutnie przebiło się do mojej świadomości  po jego występie, to pewność, że ci ludzie muszą mieć kolana z żelaza, gdyż bez tego nie da się wykonać „hajduka”, czyli tańca, którego elementy zaprzeczają istnieniu grawitacji i powodują przeciążenia stawów nie do zniesienia dla zwykłego śmiertelnika.

Po kolacji szybkie pakowanie, modlitwa, dyplomy, pochłanianie arbuzów i próba pogodzenia się z faktem, że następnego dnia pobudka zapowiedziana została na 6.00.

Aby osłodzić sobie trudy dnia następnego związanego z porannym wstawaniem i pożegnalnym wypadem na Kasprowy, kadra nie omieszkała uraczyć się paroma pizzami o godzinie 23.45.

Czy to pomoże? Okaże się jutro.

 

Opisał: Łukasz Skawiński

 

Zielone Przedszkole Zakopane 2013

Dzień szósty.

 

 

O godzinie 5.59 usłyszeliśmy pieśń „Kiedy ranne wstają zorze” w wykonaniu S. Teresity i S. Dobrawy.

 

Wiadomo więc już było, iż zaczynał się właśnie ostatni dzień zielonego przedszkola.

 

Podekscytowanie pomagało, więc bez problemów o 6.15 już zjadaliśmy pyszne jak co dzień śniadanko oraz pakowaliśmy do plecaczków prowiant i niezbędną wodę na dzisiejszą wycieczkę w Tatry.

 

O 7.15 już pomykaliśmy mikrobusem w stronę Kuźnic.

 

Po kilku minutach jazdy wysiadamy pod stacją kolejki górskiej i mijając nieprzebrane grupy ludzi czekających na możliwość zakupu biletów, jak szczęśliwcy (dzięki zapobiegliwości S. Teresity, która bilety zamówiła długo wcześniej) kasujemy bilety i wsiadamy do wagoników kolejki górskiej na Kasprowy Wierch. W międzyczasie wita nas Pani Magda, nasz dzisiejszy przewodnik.

 

Dopisuje nam kolejny dzień pogoda „prawdziwie górska”... tj. piękne słoneczko, delikatny wiaterek... Dzięki niej, widok z okien kolejki zmierzającej na Kasprowy jest idealny.

 

Podziwiając przepiękną panoramę Tatr zmierzamy powoli na szczyt. Po drodze przesiadka do kolejnego wagonika i zaraz po tym możemy pomachać w dole widocznemu Ursus arctos’owi (a kto to, okaże się za chwilę...)

 

Po kilku minutach zapierającej dech w piersiach jazdy wagonikiem Polskich Kolei Linowych – wysiadamy i słuchając Pani Przewodnik podziwiamy panoramę Tatrzańskiego Parku Narodowego oraz całych Tatr.

 

Po wysłuchaniu ciekawej historii budowy kolejki na Kasprowy wyruszamy zdobyć nasz najwyższy szczyt górski w trakcie Zielonego Przedszkola.

 

Po kilku minutach  wspinaczki, już huuuuuuuuuuuuuura! jesteśmy prawie 2 tyś m.n.p.m. Zdobyliśmy Kasprowy.

 

Podziwiamy jeszcze raz panoramę i już czas wracać na dół.

 

W drodze powrotnej wypatrujemy zwierzątek i znowu niektórzy mają szczęście - widzą Ursus’a...

 

Następnie możemy zwiedzić Muzeum Tatrzańskie, w którym z bliska widzimy jak groźnie wygląda np. niedźwiedź brunatny (tj. Ursus arctos), czy też czym różni się jeleń od sarny.

 

I już niestety czas wracać, więc mikrobus i droga powrotna do ośrodka. Skąd w samo południe, tj. dokładnie o godz. 12.04 składając jeszcze podziękowania na ręce Pani Wioletty Skupień właścicielki pensjonatu (34-500 Zakopane, Osiedle Olcza, ul. Stary Młyn 10, tel. 501571361, 18-2011023) za bardzo ciepłe ugoszczenie – wsiadamy do autokaru - i już jesteśmy w drodze do domu.

 

Góry na znak smutku, że odjeżdżamy przykrywają swe szczyty chmurami.

O 12.15 zaś, z nieba zaczynają spadać pierwsze krople – to pewnie łezki górskie.

 

Tatry i Zakopane – nie smućcie się – na pewno do Was wrócimy...

 

Szybka, bezpieczna podróż i już o 16.00 jesteśmy w Borkowicach. Tu u S. Efremy i Amabilis zjadamy smaczny obiad i deser, trochę bawimy się na placu zabaw. Później serdeczne pożegnania i czas na dalszą drogę do domów.

 

Ok. 20.00 już w Otwocku. Wita nas Anielinek, Rodzice i Kochane Komary...

 

Czas już tylko na serdeczne podziękowania S. Teresicie za trud organizacji Przedszkola i do Rodziców...

 

 

I już po... Dziękujemy Panu Bogu za szczęśliwą podróż, piękny wypoczynek oraz tyle wrażeń... i do zobaczenia za rok...

 

 

 Relacja: Aneta i Mieczysław Sędziccy