Anielek - Przedszkole Niepublicznie

Zielone przedszkole - dzień 5 (12.06.2015)

Początek dnia onego do łatwych nie należał. Pobudka wszczęta przez zieloną grupę rozległa się po całym domostwie. Dzieciarnia żwawo        w łyżki metalowe uderzała, ino wszystkim śpiochom bębenki w uszach pękały. Oj, szybko trzeba było z piernatów powstać i prędko z odzieniem się  uwijać, a i posilać się w te pędy, coby do naszego dwuśladu zdążyć. Azaliż w ostatniej chwili plany się zmieniły i zamiast spokojnego dzionka w mieście onym Zakopanym – kolejny dzień na górskim szlaku spędziliśmy (o co dzień wcześniej sami uczestnicy poprosili). Dolina Strążyska zostałą przez nas podówczas dogłębnie    i wnikliwie zbadana i wszelkie historyje i przyrodnicze dziwy przed naszymi umysłami zostały odkryte. Nasz najwyższego szacunku godzien przewodnik, imć pan Piotr -         o tatrzańskiej puszczy i walce drzew o światło - gwarzył. Ponoć dziwy takie tu miejsce mają, że niektóre drzewa wprzódy w górę wystrzelają jak oszalałe, a inne podówczas spokojnie sobie czekają, ni to we śnie jakowymś pięknym i kolorowym. A jako tylko tamte szybkie spryciarze na jakimś halnym wietrze padną – te drugie  z drzemki czym prędzej powstają  i tryumfy święcą. Wszystkowiedzący nasz przewodnik inny sekret nam jeszcze zdradził: Ino nie da się rzec, ile roków mają góry, bo one ciągle powstają, ciągle się tworzą, zmieniają. Potoki zmieniają bieg, powodzie wyrywają drzewa. Krople drążą skały...

Oj, długa i żmudna to wędrówka była. Żar z nieba lał się na nasze łepetyny czepcami anielinkowymi okryte. Mijający nas turyści pod niebiosa wychwalali nasze dzielne przedszkolaki, które z niebywałą prędkością pokonywały górskie szlaki. U kresu tego malowniczego traktu widok przecudny naszym oczom się objawił. Otóż wyobraźcie sobie, iż ze skały ogromnie wielkiej woda się lała z potężnym hukiem. Ten wodospad zwą tu Siklawicą. I faktycznie prawdę gadają. Wszyscy byliśmy zmoczeni, no prawie wszyscy, bo ja - te słowa pisząca - na szczęście ocaliłam przed zmoczeniem te oto zapiski i dzięki temu dla potomności zostaną.

W powrotnej drodze niebezpieczeństwo na nas czyhało . Otóż z potoku wyszła zygzakowata żmija   i swe oblicze przed dzieciarnią objawiła. Na szczęście pan Bóg czuwał i bestyja jadowita w leśnej gęstwinie zniknęła i lepiej niech już tam siedzi i turystów nie straszy, a kysz, a kysz, ty żmijo przebrzydła!!!

Kolejną atrakcją dnia onego był wjazd kolejką krzesełkową na Gubałówkę – na polanę Szymoszkową. (Atrakcyja raczej dla dzieci, bo opiekunowie całą drogę drżeli, coby żaden młody człowiek za bardzo się nie wychylił, tudzież żadnej części garderoby nie stracił.) Na szczycie była prawdziwa nagroda – przecudnej urody panorama – całe Tatry jak na dłoni. Po prawej od Giewontu  - Tatry Zachodnie, po lewej – Tatry Wysokie. A czymże te pasma się różnia? -  zapytacie. Azaliż     w Tatrach Zachodnich jest dużo jaskiń, a W Tatrach Wysokich – ani jednej, choć oko wykol.

W poobiedniej porze na odpustowe uroczystości na Jaszczurówki udaliśmy się. Bogato rzeżbiony drewniany kościółek przywitał pielgrzymów zapachem,  jaki autorka tej kroniki w szczenięcych latach okazyję miała poznać i w swych mózgowych zwojach aż dotąd przechowywać. Stare nielakierowane drewno rozgrzane słońcem. Cud miód...Na belce tęczowej wyryto  rok  1904 –        a zatem podówczas zbudowany.Wygląda  na  to, że już 111 lat na tej ziemi stoi i chwałę Najświętszego Serca Pana Jezusa głosi.  Powiadają, że ani jednym gwoździem drewno nieskalane. Górale i góralki w strojach paradnych w procesyję ruszyli, a i my w swym zwykłym przyodziewku za nimi podążyliśmy. Gdy czas modłów dobiegł końca, górale do chałup się rozeszli, a my wpakowaliśmy się do naszego dwuślada i do naszej willi ruszyliśmy, o odpustowych cukierkach oczywiście nie zapominając, a jakże. I tak słodko zakończyliśmy naszą podróż. Potem jeszcze wieczerzaliśmy i były tańce i hulanki pożegnalne, ale te już z powodu zmęczenia kronikarza  – przemilczę :).